O emigracji, dla emigracji i dla tych co w Polsce


Blog > Komentarze do wpisu
Między funtem a świętami
Kto by pomyślał, że istnieje związek między przejętym przez chrześcijaństwo, ale pogańskim w swoich korzeniach rytuałem odrodzenia boga odgrywanym podczas okresu zimowego przesilenia, a... kursem złotówki wobec funta brytyjskiego. A jednak.

Michał Garapich*, London calling czyli widok z 17 województwa („Gazeta Praca” 24 grudnia)  

Sprawa jest prosta. Otóż, jak informują media, Polacy z całej Europy tłumnie jadą na święta i sylwestra do kraju. Bilety lotnicze i autobusowe zostały już wyprzedane kilka miesięcy temu. A każdy z nich albo wiezie ze sobą plik funtów, albo z dużą częstotliwością pobierać będzie je via polski bankomat. Skutek jest ten sam - w okresie przedświątecznym rynek polski zalewa tsunami funtów. Efekt? Sześć miesięcy temu za funta otrzymywałem 5,5 złotego, dziś ledwo 5. Czyli ktoś, kto przywiózł tysiąc funtów teraz i w lecie, stracił 500 złotych na czysto. A co dopiero ci, którzy oszczędzali na budowę domu, samochodu... Rzut oka na fora internetowe wystarczy, by wyczuć atmosferę lekkiego niepokoju wśród tutejszych Polaków - wszak nagle zarabianie funtów staje się coraz mniej opłacalne, zwłaszcza na krótką metę, na strategię "chomika" (zarobić, zrobić zapasy, wrócić). Niejeden wzdycha do czasów, kiedy to "funt po siedem zeta stał".

Ludzie trzymają się nadziei, że jak w każde święta spadek funta to tylko sprawa tymczasowa, przerywnik, czasowe wprowadzenie chaosu w normalność życia codziennego. I owszem, ich ekonomiczny nos nie myli - rzeczywiście, po świętach tendencja była odwrotna - funt zyskiwał na wartości. Może jednak być tak, że te fluktuacje są już coraz mniejsze. Coraz bardziej popularne jest korzystanie z podwójnych kont w bankach brytyjskich współpracujących z polskimi. Oznacza to, że zamiast sezonowego tsunami funtów mamy po prostu stałą, monotonną dużą kroplówkę banknotów z Elżbietą. Zważywszy, że suma tych banknotów jest porównywalna do całości pomocy, jaką Polska dostaje z kasy brukselskiej, ich skutki dla gospodarki są nie do przecenienia.

Ludzi pociesza jednak co innego, coś, co silniej łączy się z pierwszym członem korelacji - okresem świątecznym, a więc czasem niezwykłym, tajemniczym, czasem, kiedy dumamy nad nieprzewidywalnością tego całego bajzlu. Otóż, robiąc te wszystkie kalkulacje, przeciętny obywatel - włącznie z niżej podpisanym - ma cały czas świadomość, że mimo istnienia Nobla w kategorii ekonomii nauka ta w sensie ścisłym nauką nie jest i opiera się na wielu dość chwiejnych założeniach. Nie brak takich, dla których jest rodzajem wróżbiarstwa, astrologii uprawianej za pomocą liczb i tabelek. Może tak daleko nie pójdę, ale na pewno dla ogromnej rzeszy ludzi jest wiedzą dość tajemną i trudną do przeniknięcia. Ludzie wiedzą, że owszem, są jakieś prawa, podaż, popyt, ale coraz silniej mają świadomość, że w zglobalizowanym świecie rzeczy stają się coraz mniej przewidywalne, a na kurs funta mogą mieć wpływ równie dobrze takie kwestie jak kryzys hipotek mieszkaniowych w USA, wojna iracka czy jakiś wariat wysadzający się w powietrze w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc. Ogrom skomplikowania dzisiejszego świata i nieprzewidywalność procesów ekonomicznych skłaniają więc raczej ludzi do zwrócenia się do tradycyjnych metod radzenia sobie w niepewnością życia - religii, mitu, święta, magii. Nie zaszkodzi, a jak się wierzy głęboko i pomóc może. To tak jak z tą opowieścią o polskich budowlańcach i kościelnej tacy. Jak brzmi legenda, w zimie polska klasa robotnicza daje więcej na tacę, składając prośbę o to, by Londyn chwycił kilkudniowy mrozik. Intencja jest jasna: ponieważ rury są w tym kraju na zewnątrz budynków, mróz oznacza dużo awarii, a dużo awarii to dużo zleceń, czyli dużo funtów. Tak więc, zamiast wgryzać się w zawiłości londyńskiego rynku nieruchomości i popytu na roboty budowlane, można spróbować i tej metody. W końcu święta to czas szczególny, duchowy i - jak doniósł skrzętnie "The Times" - nawet zagorzały ateista Richard Dawkins (autor "Samolubnego genu") przyznaje się do śpiewania kolęd.

*) Michał Garapich - antropolog społeczny; doktorant Instytutu Europeistyki UJ, pracownik naukowy Center for Research on Nationalism Ethnicity and Multiculturalism Roehampton University. Felietony Michała Garapicha, co tydzień w Gazecie Praca

piątek, 04 stycznia 2008, cezaru

Polecane wpisy

  • Jest nagonka na Polaków czy jej nie ma?

    Nagonka prasowa na Polaków trwa - mówią jedni. Żadnej kampanii niechęci nie ma - twierdzą drudzy. No więc, jak to jest? Czy prasa brytyjska rzeczywiście na cel

  • Szariat na Wyspach -fakt (prawie) dokonany?

    Arcybiskub Canterbury, dr Rowan Williams powiedział, że wprowadzenie niektórych elementów prawa islamskiego do systemu prawa brytyjskiego jest nieuniknione. Stw

  • Im granice słabsze, tym mocniejsze

    Propozycja reformy ordynacji wyborczej za granicą przedstawiona przez Fundację Helsińską zasługuje na uwagę. Po raz pierwszy padły tak konkretne propozycje. Do

TrackBack
TrackBack URL wpisu: