Matka w Anglii, ojciec w Holandii, jeden syn u babci, drugi - w psychiatryku - pisze Jacek Hugo-Bader w reportażu Syndrom F92 opublikowanym we wczorajszym Dużym Formacie.
Przed trzema laty pani Ewa i jej mąż sprzedali samochód, wzięli kredyty, wynajęli lokal w rynku i założyli zakład pogrzebowy Hades. W Niemczech kupili używany karawan, wzięli w komis kilkanaście trumien, a klienci się sypnęli.
Świetnie im szło. Już po kilku miesiącach proponowali pani Sabinie, żeby sprzedała mieszkanie i rozpoczęła z nimi budowę domu. Wtedy wszyscy, także Olaf, mieszkaliby pod jednym dachem.
Po takim sukcesie w ich miasteczku zakłady pogrzebowe zaczęły powstawać jak grzyby po deszczy. Rozpoczęła się straszliwa walka o klienta, do której pani Ewa ani jej mąż się nie nadawali. Nie potrafili stać pod szpitalem i czekać, aż ktoś umrze.
Po 13 miesiącach działalności firma upadła. Zostały długi w bankach, ZUS-ie. Sprzedali karawan, który był ich jedynym środkiem lokomocji.
- Wszędzie nim jeździliśmy - pani Ewa mówi smutno. - Na święta do mamy, nad wodę, po syna do szkoły.
- Z tylu było jedno miejsce leżące - mówię ponuro.
- Mebel zawsze można było przewieźć, albo rower.
Po upadku firmy pani Ewa pracowała w barach albo w sklepach. Ostatnio za 400 złotych na pół etatu. W ich miasteczku nie było innej pracy dla kobiet. Jej mąż dostał pracę za 1200 złotych w fabryce drutu. Nie byli w stanie spłacać długów, więc w połowie zeszłego roku postanowili, że mąż zostanie w domu z synem, a pani Ewa pojedzie do Anglii.
Zaczynała od pracy na czarno za 2,5 funta za godzinę. To rozpaczliwie mało, bo życie w Wielkiej Brytanii jest bardzo drogie. Ciągle nie mogli spłacać długów, więc mąż pani Ewy rzucił fabrykę drutu i pojechał szukać pracy do Holandii. Syna zostawił pod opieką swojej matki.
Od grudnia zeszłego roku pani Ewa ma lepszą pracę, 5 funtów za godzinę. Obliczyła, że oboje z mężem jeszcze pół roku pracować będą tylko na długi.
- I wróci pani do Polski - zgaduję.
- Nie mam po co i do czego - odpowiada. - Przyjechałam tylko po Marka. A mąż? Jemu bardziej zależy na wolności niż na kontakcie z synem. Czytaj cały tekst >>